Blog > Komentarze do wpisu

Caminha - Oia czyli z Portugalii do Hiszpanii

24 lipca imieniny Kingi

Strasznie skomplikowany dzień. Rano zjadamy śniadanie w kawiarni na plaży. Jest chłodno. Kinga się opiera, ale ja wkładam sweter!

Ruszamy. Potem okaże się, że do Caminha mamy jeszcze pięć kilometrów. Na drodze pojawiają się żółte strzałki, które wczoraj zniknęły tam, gdzie już nie były potrzebne, czyli koło domu, w którym wynajęłyśmy pokój.

Foto KingaZwiedzamy miasto. Ładne, stare, wesołe. Właśnie się skończył średniowieczny festyn i wszędzie stoją jeszcze namioty, wiszą flagi... Gdybyśmy wczoraj nie padły na łoże jak dwie kawki, żeby się już do rana nie ruszyć, to byśmy mogły przyjść na turnieje, tańce i koncerty. No ale cóż, byłyśmy padnięte.

W informacji turystycznej dają nam plan dalszej drogi. Tak jak w Povoa de Varzim tak i w Caminha stoimy na rozdrożu - możemy jeszcze zostać w Portugalii i iść wzdłuż rzeki do miasteczka Tui, a stamtąd prosto do Santiago, albo możemy przepłynąć promem na drugą stronę rzeki i pójść dalej wzdłuż Oceanu. Dyskusja trwa 20 sekund. Chcemy dalej iść wzdłuż Oceanu.

Wsiadamy na prom i płyniemy do Hiszpanii, do miasteczka La Guarda, prosto w stronę góry, którą widziałyśmy już od dwóch dni.  Wygląda jak pierś i nazywa się Góra św. Tekli.


Na promie dogadujemy się z czwórką Holendrów, którzy przewożą nas za miasto. Jest godzina 14, a my dopiero ruszamy. Wydaje się nam, że to, co przed nami to kaszka manna z sokiem - 10 kilometrów do Oi, cóż to dla nas?

I cóż to dla nas?

Strasznie dużo i strasznie ciężko. Hiszpańskie kilometry nie różnią się od portugalskich i tak samo się ciągną jak guma do żucia. Idziesz i idziesz, siedem różnych krajobrazów na godzinę, ale tylko trzy kilometry. I "od zawsze" wszyscy spotkani ludzie mówią nam, że do Oi już tylko 5 kilometrów. Jak długo można iść przed siebie z poczuciem, że za tobą wprawdzie przybywa kilometrów, ale przed tobą wcale ich nie ubywa?

Znowu pojawiają się strzałki i prowadzą nas cudowną drogą ponad Oceanem, wśród kwiatów i drzew. Jest jak w raju, ale raj nigdy nie trwa dłużej niż 5 minut. Do zwykłego codziennego bólu stóp dochodzi nagle przeraźliwy ból palca, którym wczoraj uderzyłam w belkę podestu wiodącego z plaży na wydmę. Wieczorem widziałam, że się pokaleczyłam, ale spryskałam plastrem z jodyną i myślałam, że będzie OK. I było, było, aż przestało. Czuję, że palec spuchł, spuchnięcie ociera się o but i robi dodatkowy bąbel, a kość boli, jakby była pęknięta.

Wlokę się niemiłosiernie, Kinga za mną. Docieramy do jakiejś biednej budy, taka doprawdy "mizerna, cicha, stajenka licha", niestety nie wypełnia jej "niebiańska chwała", tylko puszki z piwem i coca colą oraz chipsy w błyszczących torebkach.

To najgorszy obiad na całej drodze. Woda i chipsy.

Zdejmuję but i robi mi się słabo na sam widok. Mam sinoczerwony paluch, spuchnięty i dwa razy grubszy niż normalnie. Spryskuję, owijam plastrem. Idziemy. Nadal pięć kilometrów. Niezależnie od tego, co mówią ludzie, co się nam wydaje, co jest napisane na drogowskazach dla samochodów - idziemy, a Oia jest wciąż oddalona o pięć kilometrów.

Wreszcie, gdy już naprawdę dalej nie mogę, litują się nad nami ludzie spotykani na platformie widokowej. Mają jechać w przeciwnym kierunku, ale zawracają i podwożą nas ze dwa kilometry. Jesteśmy w Oi, pod tabliczką z nazwą hotelu - "Hotel de Reina", hotel królowej czyli Kingi. Nie na darmo Kinga ma dziś imieniny. To będzie nasz najdroższy nocleg, ale nigdzie dalej już się nie dowleczemy.

Mamy pokój z widokiem na Atlantyk i klasztor, a na kolację gospodyni serwuje nam na tarasie wazę zupy.

Ja zdycham, Kinga idzie jeszcze do nadmorskiego baru, gdzie wraz z tubylcami świętuje zachód słońca nad Oceanem i swoje imieniny.

wtorek, 28 sierpnia 2012, pielgrzymki2012

Polecane wpisy