RSS
wtorek, 28 sierpnia 2012

Kinga i Ewa Maria

To my, Kinga i Ewa Maria. Na przełomie lipca i sierpnia 2012 roku przeszłyśmy CAMINO COSTA PORTUGES - Portugalską Drogę Nadmorską z Porto do Santiago de Compostela. To tylko 250 kilometrów, niewiele w porównaniu z innymi trasami do Santiago, ale nam tym razem wystarczyło. Obie miałyśmy już za sobą doświadczenia pieszych pielgrzymek. Kinga cztery razy szła z pielgrzymką góralską z Nowego Targu do Częstochowy, Ewa Maria w roku 2007 przeszła samotnie 600 kilometrów z Logroño do Santiago de Compostela.

Dlatego właśnie wybrałyśmy Drogę Portugalską, żeby Ewa Maria nie powtarzała trasy przez Hiszpanię.

Są dwie drogi Portugalskie - Droga Portugalska śródlądowa, znana, ale mało uczęszczana - przechodzi ją podobno około 12 tysięcy ludzi rocznie oraz Portugalska Droga Nadmorska, którą nie chodzi w ogóle nikt.


Camino Costa Portuges

Portugalska Droga Nadmorska - Camina Costa Portuges i Droga Portugalska - Camina Xacobeo Portuges łączą się ze sobą w miasteczku Redondela i tu właśnie zrobiłyśmy sobie to wspólne zdjęcie.

Byłyśmy więc tam, gdzie nie było żadnych pielgrzymów. Oznaczało to z jednej strony, że nie było żadnej infrastruktury ułatwiającej pielgrzymowi życie na drodze - nie było map, folderów, znaków - to chyba najważniejsze - na wielu odcinkach drogi nie było w ogóle żadnej informacji, ani gdzie jesteśmy, ani jak dojść do Santiago, a często nawet - jak dojść do najbliższego punktu, w którym będzie można napić się kawy, nabrać wody, kupić jedzenie. Nie było schronisk, nie było pielgrzymów, od których można się czegoś dowiedzieć. Nie było też powszechnej znajomości tego, kim jest ten dziwny człowiek z plecakiem, dokąd idzie i po co? Pod tym względem tzw. Droga Francuska - Camina Franca lub Camino Frances - którą rocznie przechodzi 120 tysięcy ludzi - pielgrzymów i turystów - jest tak przygotowana, że w porównaniu z portugalską drogą nad Atlantykiem wydaje się zwykłym spacerem, jak z Gdańska do Oliwy lub przez Krowiarki na Babią Górę.

Z drugiej jednak strony wszystko to, o czym napisałam uprzednio, było też największym atutem naszej trasy. Aż do Redondeli byłyśmy same. Nie miałyśmy informacji ani wsparcia, każdy dzień był więc nieprzewidywalną przygodą, czekały nas same niespodzianki. Ale przeszłyśmy. Wyznaczyłyśmy sobie cel i czas i zrealizowałyśmy to, co zamierzyłyśmy.

Co tu dużo gadać. Byłyśmy dzielne.

23:06, pielgrzymki2012
Link Komentarze (3) »

Przyjechałam do Portugalii kilka dni wcześniej niż Kinga, miałam więc czas, by zwiedzić Lizbonę. Chciałam koniecznie zobaczyć to miasto z uwagi na powieść Pascala Mercier "Nocny pociąg do Lizbony". Jestem wielbicielką tej książki i mam nadzieję, że film z Ironsem jej dorówna.

Wikipedia Commons!!!

Wikipedia Commons!!!

Lizbona to piękne miasto, ale najbardziej podobał mi się tramwaj:

Wikipedia Commons!!!

Pojechałam też do Coimbry, miasta świętego Antoniego. To też piękne miasto...

Wikipedia Commons!!!

... ale najbardziej podobał mi się widok z okna mojego pensjonatu, prosto na barokową fasadę kościoła Santa Cruz...

Wikipedia Commons!!!

Odwiedziłam też moją rodzinę w pięknym górskim miasteczku Covilha. Również Covilha jest pięknym miastem...

Wikipedia Commons!!!

Wikipedia Commons!!!

... ale najbardziej podobało mi się w tak zwanym "Ogrodzie sióstr"...

Foto Kasia

Foto Kasia

Przez wszystkie te dni przyzwyczajałam się do upałów i trzeba przyznać, że Portugalia zrobiła wszystko, by było się do czego przyzwyczajać. Było ponad 40 stopni w cieniu, w słońcu - zapewne 100 stopni i słońce gotowało człowiekowi w głowie wodę, którą mu przedtem zrobiło z mózgu...

20 lipca

Wyjeżdżam z Covilha do Porto. Upał niemożliwy, podejmuję więc desperacką decyzję, że nie zabiorę ze sobą butów do wędrówki. Są przeraźliwie ciężkie i nie umiem sobie wyobrazić, że mogłabym je włożyć. A co dopiero iść w nich Jeszcze mi przyjdzie zapłacić za tę decyzję, ale na razie ruszam na trasę w łapciach made in China.

Foto Kinga

Będę się jednak pocieszać w drodze, że na pewno nie jestem jedyna, którą los butowo doświadczył.

Foto Kinga

Autobus do Porto klimatyzowany, czytam Pablo de Santis "Przekład", kryminał dla ludzi, którzy lubią języki.

dziennik literacki.pl

Dojeżdżam koło południa, chwilę trwa, zanim się zorientuję, gdzie jestem - miejscowi mają poważne problemy z lokalizacją miejsca, w którym się znajdują z jakimś punktem na mapie. Jeden tłumaczy mi nawet, że... zapomniał okularów. Ale gdy podejmuję decyzję, żeby spytać turystów, pierwszy chłopak z plecakiem pokazuje mi palcem na planie, że jestem nad rzeką, koło mostu Luisa I. Jak po sznurku docieram do hoteliku i natychmiast idę na obiad do knajpki Vera Cruz. Mają w ofercie dania wegetariańskie i czarną herbatę parzoną z listków w kilkunastu rodzajach.

Foto Kinga

Idę do informacji turystycznej, a potem od razu do katedry. Tu nam wydadzą credenciale czyli tzw. paszporty pielgrzymów. Stempluje się je na trasie co najmniej raz dziennie, co potem, już w Santiago, będzie dowodem przejścia drogi, a to zostanie poświadczone wydaniem tzw. composteli.

mój credencial czyli paszport pielgrzyma z roku 2007  i wydana na jego podstawie compostela

Wracam niemal do miejsca, gdzie mnie rano wyrzucił autobus. Przechodzę mostem Luisa nad Duero, wracam, wałęsam się po mieście. Idę między innymi do słynnej Cafe Majestic. Ale majestatyczna Cafe Majestic wcale mnie nie zachwyca. Siedzą w niej tłumy turystów, biegają zagonione kelnerki, hałas... Robię tylko siusiu i zmykam.

Dojeżdżam metrem na lotnisko, odbieram Kingę, jedziemy do hotelu. Kinga nie spała dwie poprzednie noce, a w ciągu dnia spędziła cztery godzinny bezczynnie na lotnisku w Madrycie. Idziemy więc tylko do Vera Cruz na zupę, ciastko i herbatę, a potem do hotelu spać.

Foto Kinga

Jutro początek Drogi.

Za oknem drą się mewy i koty.

23:03, pielgrzymki2012
Link Dodaj komentarz »

21 lipca

Po śniadaniu idziemy do metra, fotografując po drodze średniowieczny kościół.

Foto Kinga

Jedziemy metrem do Povoa de Varzim. Z okien widzimy wspaniałe długie akwedukty.

Foto Kinga

Na miejscu niemal od razu znajdujemy kościół świętego Jakuba i mnóstwo znaków symbolizujących fakt, że jesteśmy na Camino...

Foto Kinga Foto Kinga

Foto Kinga

... ale w kościele nikogo nie ma. Stara pani twierdzi, że wszyscy śpią albo jedzą.

Musimy podjąć decyzję, bo w Povoa de Varzim rozchodzą się drogi. Możemy iść drogą lądową przez Rates i Barcello, która jest dość uczęszczana i o której mamy ze sobą kilka stroniczek z informacjami. Albo możemy pójść całkiem w nieznane, drogą wzdłuż Oceanu.

Na drodze lądowej będą nas prowadziły strzałki. Nad Oceanem - słońce i Ocean. Idziemy nad Ocean! Piękna droga bulwarem wzdłuż plaży, niestety gdy kończy się miejscowość kończy się i droga.

Mijamy Toro czyli arenę do walk byków. Niestety droga odsuwa się od Oceanu, wciąż go wprawdzie widać, ale daleko, a my zamiast moczyć nogi w morzu, idziemy obrzydliwą szosą, pełną samochodów. Huk, wrzask, warsztaty samochodowe i, nie wiedzieć czemu, hotele.

Podoba się nam tylko, że wokół same pola-warzywniaki, a przy drodze co i raz stoiska z jarzynami. Przede wszystkim cebula, ziemniaki i czosnek, ale będą też cukinie, marchew, pory, kapusta...

Foto Kinga czosnek

Droga ciągnie się jak guma, drogowskazów nie ma, a gdy Kinga kupi na stacji benzynowej mapę, to okaże się to jeszcze gorsze od wędrówki bez mapy. I tak nic nie wiadomo, ale za to jak się już człowiek zdrowo przez parę godzin nachodzi, to na mapie posunie się do przodu o dwa milimetry!

Foto Kinga

Gdy wieczorem umordowane niemożliwie dotrzemy do jakiejś miejscowości, to nie będziemy wiedziały, ani gdzie jesteśmy, w Fao czy w Esposende, ani ile kilometrów pokonałyśmy w ciągu dnia. Znajdujemy kościół i strzałkę do schroniska młodzieżowego. Na mojej liście jest ono odnotowane jako schronisko, w którym mogą nocować pielgrzymi. I rzeczywiście dostajemy miejsce i płacimy zniżkową cenę. Nocujemy we dwie w pokoju czteroosobowym.

Robimy mycie i pranie, gotujemy herbatę, na więcej nie mamy siły. To pierwszy dzień, a na aklimatyzację trzeba co najmniej trzech dni. Droga nie była dziś piękna, no i te masy samochodów, ale nie była zła. Nie było za gorąco, wiał wiatr od Oceanu, szło się naprawdę dobrze...

22 lipca

Foto Kinga Foto Kinga Foto Kinga foto Ewa Maria

Wychodzimy dopiero prawie o 10, bo śniadanie było o 8.30. Idziemy wzdłuż rzeki - to kolejna wspaniała rzeka Portugalii. Zobaczymy ich jeszcze w Portugalii i Hiszpanii chyba z dziesięć, jedna większa i wspanialsza od drugiej. Dochodzimy - po strzałkach! - do pięknego mostu i ruszamy przed siebie. Strzałki gdzieś znikają, ale odnajdziemy je koło przydrożnej kaplicy. I dobrze, bo dzięki nim nie musimy, jak wczoraj, iść bokiem dużej ruchliwej ulicy czy szosy, tylko powyżej, krętymi wiejskimi drogami. Ocean stale po lewej stronie, co podnosi na duchu i zapewnia wiatr. Dochodzimy do kościoła i wchodzimy, nawet niezbyt spóźnione, na magiczną mszę z tłumem wiernych w strojach regionalnych, całkowicie ludowych, pół- i ćwierć-ludowych, występami zespołu folklorystycznego i święceniem, chleba, zboża, owoców, naczyń, płócien i kostiumów. To trzydziestolecie tutejszego zespołu ludowego. 

Foto Kinga

Bierzemy pieczątki w zakrystii i idziemy wioskowymi drogami. Strzałki już dawno znowu zniknęły, w pewnym momencie pytamy więc jakichś siedzących na przydrożnym murku wieśniaków, czy to droga do Santiago. "Do Santiago, do Santiago", odpowiadają, "cały czas prosto!" To "prosto" to jeszcze dobrych 220 kilometrów, ale co tam... Robi się coraz goręcej. Niestety późno wyszłyśmy i oczywiście msza też trwała, jest już dobrze po południu, a my wciąż jeszcze mamy bardzo daleko do dzisiejszego celu. Idziemy do przodu szybko, nie lenimy się, ale kilometrów niemal nie ubywa. Jakbyśmy dreptały w miejscu. Wioski się kończą, zaczynają się drogi między kwintami. To otoczone murem gospodarstwa wiejskie, znad murów widać cytryny, kiwi, winogrona, awokado, figi.

Foto Kinga  Foto Kinga

Schodzimy w dół, ogrody się kończą, wchodzimy w jasne zagajniki, a potem ostro pod górę w piękny las. Daleko w dole kolejna ciemnozielona rzeka, a na niej stary kamienny most. Rzymski? Wizygocki? Mauretański?

Foto Kinga  Foto Kinga

Za rzeką, niestety, droga wspina się coraz bardziej do góry. Robi się też przeraźliwie gorąco. Bardziej wleczemy się niż idziemy, mijamy kolejną wioskę, dalej pod górę do kościoła świętego Jakuba. Dobrze jest być pobożnym, bo w kościele błogosławiony mrok i chłód.

Foto Kinga

Dalej znaki każą iść stromo pod górę po suchym gorącym piachu. Buntuję się, mimo iż Kinga pełna samozaparcia twierdzi, że przecież poradzimy sobie. Schodzimy na dół, ostatkiem sił dopadamy knajpy i zjadamy obiad. Musimy stoczyć regularną wojnę z właścicielką, która ma i zupę, i ryż, i jarzyny, i wszystko to nam przyniesie, doda nawet sałatę, ale na razie upiera się, że wprawdzie kucharza nie ma, ale ona nam zrobi mięso. Dziękujemy. No to rybę. Też dziękujemy. No to chociaż kiełbasę.

Łapiemy stopa na kilka kilometrów. Dwie rozgadane Portugalki podwożą nas do skrzyżowania przed Vianą do Castelo. Do miasta jeszcze trzy kilometry. Znajdujemy strzałki i raźnie ruszamy w stronę kolejnej ogromnej rzeki.

Foto Kinga Foto Kinga

Na zdjęciu tego nie widać, ale most, zaprojektowany zresztą przez samego Eiffla, tego od wieży, ma długość 600 metrów, a wysokość ponad wodą w porywach prawie 30 metrów. Strach iść. Droga dla pieszych wąziutka. Słońce oślepia. Obok z hukiem przelatują samochody, niektóre tak wielkie, że ma się wrażenie, że się o człowieka wręcz ocierają. Wydaje się, że ten most się nigdy nie skończy.

22 lipca po południu i wieczorem

http://en.structurae.de/structures/data/index.cfm?id=s0008738

Ta wielka rzeka to Rio de Lima. A wielki most zaprojektował Alexandre Gustave Eiffel. Most piękny, ale niełatwy do pokonania dla pieszych, w upale, po dniu wielkiego wysiłku fizycznego. Wreszcie most się kończy, schodzimy do miasta - tak wyczerpane, że musimy usiąść na chwilkę pod mostem, żeby dojść do siebie. Już dobrze, ale tylko ze mną. Kinga, blada jak ściana, wygląda, jakby nie była w stanie ujść ani kroku, a co dopiero szukać noclegu. Dzisiejszy dzień to był rzeczywiście "hard core". Zostawiam ją z plecakami na ławce w parku nad rzeką i idę szukać informacji turystycznej. Chodzę na darmo, bo informacja zamknięta, ale dzięki temu stwierdzam z zachwytem, że wylądowałyśmy w ślicznym średniowiecznym mieście.

Trochę się kręcę najpierw sama, potem już obie - hotele stanowczo za drogie, w schronisku młodzieżowym nie ma miejsca, ale odsyłają nas do kościoła, gdzie się ma znajdować alberge peregrinos. Nadal się błąkamy, mimo że na pewno wszędzie jest blisko, no i mamy most i rzekę jako punkt orientacyjny. Ale mapy w Portugalii - jak mnie uprzedziła moja siostra, a musi wiedzieć, bo mieszka tu już siódmy rok - to bardzo specyficzny problem, a informacje udzielane przez przechodniów opierają się głównie na szerokim ruchu ręki i słowach"aqui" i "ai" czyli "tam" lub "tu"

Strzałek znowu nie ma. Doprowadziły nas do mostu i porzuciły.

Foto Kinga

Igreja do Carme czyli kościele karmelitów trafiamy na koniec mszy. W zakrystii na nasz widok lekki popłoch, uciszony spokojnym ruchem ręki przez księdza. Nie wiem, co powiedział, zrozumiałam tylko słowo alberge, ale nagle fale emocji opadają i cała gromadka starszych ludzi drepce wokół nas, a to z dzbankiem, a to z ręcznikiem. Jak na średniowiecznych obrazach, gdzie tu, na łóżku, rodzi się właśnie Matka Boska, a po kątach aniołki wyrzucają śmieci i gotują zupę. Potrwa jeszcze dobrą godzinę, zanim zostaniemy zarejestrowane, uiścimy po 5 euro za nocleg i jeden ze staruszków zaprowadzi nas do alberge.

Foto Kinga   Foto Kinga

Nasze schronisko usytuowane jest na tym wielkim opustoszałym podworcu, w kącie seminarium dla kleryków. Pustka i ogrom powalają, ale w schonisko jest wszystko, czego potrzeba pielgrzymowi. Sala na 12 osób (tylko dla nas dwóch), prysznice, kuchenka z mikrofalówką do zagrzania wody na herbatę, stół z mapami i prospektami, księga gości. Ostatni wpis przed nami, sprzed dwóch dni. To też, jak my, jakaś Polka. Aleksandra.

Trochę straszno. Pusto. Obrządzamy się szybko - mycie, pranie, przebieranie, herbata - i wychodzimy do miasta. Nogi bolą, ale miasto takie śliczne...

Foto Kinga

Nad rzeką ciąg straganów z książkami. 

thank you facebook  thank you facebook

Kinga komentuje, że w Polsce taki szereg bud oferowałby watę cukrową, lody i chińskie badziewie, a tu książki. Widać na krańcu świata inaczej rozkładają się wartości.

23 lipca najpiękniejszy dzień na trasie

Nadal nie wiemy, ile kilometrów przeszłyśmy wczoraj, a zatem nie wiemy też, ile mamy następnego dnia do przejścia. Miejscowości są rozległe, pomiędzy grupkami domów są puste trasy, skąd dokąd trzeba więc dojść, aby rzeczywiście przejść wynikające z mapy 22 kilometry? Zresztą wygląda na to, że podawane przez mapy kilometry to odległości mierzone w linii prostej. Rzeczywista droga, nawet najkrótsza, nie jest linią prostą, a już szlak dla pielgrzymów czy w ogóle po prostu ścieżka kręci się i wije "jak błękitna wstążeczka". Nic nie wiemy, nie wiemy czy trafimy znowu na strzałki znaczące trasę dla pielgrzymów, nie wiemy, czy czeka nas paskudna droga wzdłuż szosy czy piękna brzegiem morza lub wśród ogrodów?

Wyjeżdżamy autobusem poza miasto, dojeżdżamy do następnego miasteczka. Tu idziemy troszkę ulicami, ale szybko stwierdzamy, że chodzimy w te i we wte, schodzimy do głównej szosy i przechodzimy na stronę Oceanu. Przed nami na górze latarnia morska Farol, która przez dłuższy czas będzie nam towarzyszyć, przed nami, obok, za nami...

Idziemy na północ i zachód leśnymi duktami, coraz bliżej Oceanu, aż w końcu biegniemy na plażę. Rzucam plecak koło jakichś kamieni i aż podskakuję z obrzydzenia, bo cała plaża roi się od pluskiew piaskowych. Na szczęście tylko tu. Siadamy trochę dalej, odpoczywamy, a potem idziemy... Idziemy plażą nad Oceanem na północ. Na północ.

Jest odpływ, z wody wyłaniają się coraz wyższe i bardziej rozległe skały, czarne, szare, beżowe, obłe jak hipopotamy, obrośnięte zielskiem, pełne muszli. Wyglądają jak ciasto na ptysie, gdy próbuje się w nie wkręcić jajka.

Gdzieś daleko, po wielu godzinach przecina nam drogę coś w rodzaju Wielkiej Bariery Atlantyckiej, potworne zwalisko skał, nie do przebycia. Wycofujemy się na drogę. Idziemy nadal wzdłuż Oceanu ale lasem, aż dochodzimy do drewnianego pomostu, który poprowadzi nas poprzez ogromny rezerwat przyrody do miasta, o którym ja twierdzę, że jest to nasz cel czyli Caminha, a Kinga uporczywie głosi, że to jakieś miasteczko przed Caminhą. Kinga niestety ma rację. Miejscowi twierdzą, że do Caminhy są co najwyżej dwa kilometry, w co naiwnie wierzymy i co się okaże nieprawdą. Po trzech kilometrach wynajmujemy pokój w miejscowości Moledo, następnego dnia, gdy już rzeczywiście dotrzemy do Caminhy, okaże się, że musiałyśmy jeszcze przejść pięć kilometrów.

22:37, pielgrzymki2012
Link Dodaj komentarz »

24 lipca imieniny Kingi

Strasznie skomplikowany dzień. Rano zjadamy śniadanie w kawiarni na plaży. Jest chłodno. Kinga się opiera, ale ja wkładam sweter!

Ruszamy. Potem okaże się, że do Caminha mamy jeszcze pięć kilometrów. Na drodze pojawiają się żółte strzałki, które wczoraj zniknęły tam, gdzie już nie były potrzebne, czyli koło domu, w którym wynajęłyśmy pokój.

Foto KingaZwiedzamy miasto. Ładne, stare, wesołe. Właśnie się skończył średniowieczny festyn i wszędzie stoją jeszcze namioty, wiszą flagi... Gdybyśmy wczoraj nie padły na łoże jak dwie kawki, żeby się już do rana nie ruszyć, to byśmy mogły przyjść na turnieje, tańce i koncerty. No ale cóż, byłyśmy padnięte.

W informacji turystycznej dają nam plan dalszej drogi. Tak jak w Povoa de Varzim tak i w Caminha stoimy na rozdrożu - możemy jeszcze zostać w Portugalii i iść wzdłuż rzeki do miasteczka Tui, a stamtąd prosto do Santiago, albo możemy przepłynąć promem na drugą stronę rzeki i pójść dalej wzdłuż Oceanu. Dyskusja trwa 20 sekund. Chcemy dalej iść wzdłuż Oceanu.

Wsiadamy na prom i płyniemy do Hiszpanii, do miasteczka La Guarda, prosto w stronę góry, którą widziałyśmy już od dwóch dni.  Wygląda jak pierś i nazywa się Góra św. Tekli.


Na promie dogadujemy się z czwórką Holendrów, którzy przewożą nas za miasto. Jest godzina 14, a my dopiero ruszamy. Wydaje się nam, że to, co przed nami to kaszka manna z sokiem - 10 kilometrów do Oi, cóż to dla nas?

I cóż to dla nas?

Strasznie dużo i strasznie ciężko. Hiszpańskie kilometry nie różnią się od portugalskich i tak samo się ciągną jak guma do żucia. Idziesz i idziesz, siedem różnych krajobrazów na godzinę, ale tylko trzy kilometry. I "od zawsze" wszyscy spotkani ludzie mówią nam, że do Oi już tylko 5 kilometrów. Jak długo można iść przed siebie z poczuciem, że za tobą wprawdzie przybywa kilometrów, ale przed tobą wcale ich nie ubywa?

Znowu pojawiają się strzałki i prowadzą nas cudowną drogą ponad Oceanem, wśród kwiatów i drzew. Jest jak w raju, ale raj nigdy nie trwa dłużej niż 5 minut. Do zwykłego codziennego bólu stóp dochodzi nagle przeraźliwy ból palca, którym wczoraj uderzyłam w belkę podestu wiodącego z plaży na wydmę. Wieczorem widziałam, że się pokaleczyłam, ale spryskałam plastrem z jodyną i myślałam, że będzie OK. I było, było, aż przestało. Czuję, że palec spuchł, spuchnięcie ociera się o but i robi dodatkowy bąbel, a kość boli, jakby była pęknięta.

Wlokę się niemiłosiernie, Kinga za mną. Docieramy do jakiejś biednej budy, taka doprawdy "mizerna, cicha, stajenka licha", niestety nie wypełnia jej "niebiańska chwała", tylko puszki z piwem i coca colą oraz chipsy w błyszczących torebkach.

To najgorszy obiad na całej drodze. Woda i chipsy.

Zdejmuję but i robi mi się słabo na sam widok. Mam sinoczerwony paluch, spuchnięty i dwa razy grubszy niż normalnie. Spryskuję, owijam plastrem. Idziemy. Nadal pięć kilometrów. Niezależnie od tego, co mówią ludzie, co się nam wydaje, co jest napisane na drogowskazach dla samochodów - idziemy, a Oia jest wciąż oddalona o pięć kilometrów.

Wreszcie, gdy już naprawdę dalej nie mogę, litują się nad nami ludzie spotykani na platformie widokowej. Mają jechać w przeciwnym kierunku, ale zawracają i podwożą nas ze dwa kilometry. Jesteśmy w Oi, pod tabliczką z nazwą hotelu - "Hotel de Reina", hotel królowej czyli Kingi. Nie na darmo Kinga ma dziś imieniny. To będzie nasz najdroższy nocleg, ale nigdzie dalej już się nie dowleczemy.

Mamy pokój z widokiem na Atlantyk i klasztor, a na kolację gospodyni serwuje nam na tarasie wazę zupy.

Ja zdycham, Kinga idzie jeszcze do nadmorskiego baru, gdzie wraz z tubylcami świętuje zachód słońca nad Oceanem i swoje imieniny.

25 lipca

Rano mgła. Imieniny Krzysztofa i Jakuba, patrona Galicji - kto żyw bieży do Santiago de Compostela, my też, tyle że powolutku. Jakub najwyraźniej nam sprzyja, bo będzie to pierwszy dzień, że dojdziemy dokładnie tam, dokąd chciałyśmy dojść i nie będziemy się musiały uciekać do niczyjej pomocy, nawet jeśli ta pomoc to bywały dwa kilometry. Z Oia do Baiony dojdziemy nie tylko o własnych siłach, to jeszcze zadowolone i skłonne do zwiedzania. A Baiona to kolejne piękne i ciekawe miasto na drodze.

Na razie jednak idziemy, w utartym już rytmie, co jakiś czas zatrzymując się na kawę, przekąskę lub obiad. W ogóle postój to wspaniała rzecz na trasie. Czasem potrzebne są herbata lub piwo w barze, czasami wystarczy przysiąść lub nawet tylko oprzeć się o zbocze, wypić kilka łyków z butelki, zjeść batonik energetyczny i po pięciu minutach można iść dalej.

popas na trasie  popas w barze

Niestety w chwilę po popasie Kindze nagle robi się słabo. Bardzo jednak inteligentnie zdarza się to dosłownie naprzeciwko dużej restauracji.
Wiemy, że w takiej restauracji będzie potwornie drogo i paskudnie, ale na trasie nie można grymasić. Musimy teraz zjeść coś ciepłego, wchodzimy więc do restauracji pełnej sztucznych antycznych rzeźb, sztucznych wodotrysków i, niestety, prawdziwych, przeznaczonych do zjedzenia, krabów w akwariach.

sztuczne wodospady i prawdziwe kraby

Dostałyśmy tu najgorszy i najdroższy obiad na całej trasie. Bo wczorajsze chipsy były paskudne, ale przynajmniej kosztowały grosze. A tu... Ciepłą strawę zapewniła miska letnich gotowanych kartofli w sosie pomidorowym. Brrr. Chociaż oddajmy honor tej nędznej budzie i dodajmy, że flan był domowej roboty.

flan  Jedna miseczka kartofli, jedna porcja sałaty, dwa flany i jedna kawa kosztowały nas po 10 euro na głowę! Za tę sumę albo i taniej można zjeść w restauracji tzw. menu de dia, posiłek dnia z mięsem, deserem, wodą, chlebem i kawą.

Ale Kindze już jest lepiej. Idziemy.

Droga mało ciekawa, prawie cały czas wzdłuż szosy lub odrobinę poniżej lub powyżej. I ciągle wraca z powrotem na główną drogę.

A tu nagle rozdroże. I co dalej szary człowieku?

I co dalej szary człowieku?

Poszłyśmy w lewo czyli do Oceanu. Na kilkaset metrów zaledwie, ale każdy metr poza szosą witamy z entuzjazmem.

Foto Kinga

droga

Idziesz ścieżką dla pielgrzymów, tym razem powyżej, a nie poniżej szosy, i nie wiesz, że za tą karteczką czeka na ciebie antyczna droga przez góry! Nota bene karteczka głosi, że masz, pielgrzymie, zamknąć za sobą siatkę. Buen Camino!

Idziesz i nie wiesz, że zaraz zaczyna się góra

To Buen Camino tłumaczy się jako "Dobrej Drogi", ale tak naprawdę chodzi o to, że "Droga ma być ci przychylna". Tu za tą siatką jest przychylna. Idzie wprawdzie nagle ostro pod górę, ale jest przepiękna. Ułożono ją (potem się dowiemy, że już w starożytności) z płaskich kamieni, po lewej zbocze spada ostro w dół, a w oddali widać kłęby mgieł nad Oceanem. Dochodzimy do przełęczy oznaczonej dwoma kamiennymi słupami, które mi się kojarzą z bramą Gondoru, i schodzimy w dół do wioski Baro, gdzie pan obrządzający winnicę powie nam, że pokonałyśmy właśnie przylądek Coba Silbaro. Do Baiony jeszcze dwa kilometry, znowu przez górę, ale co to dla nas?

Wieczorem, gdy już rozlokujemy się w miłej prywatnej kwaterze z psem, kotem i czarodziejskim ogrodem, idziemy na spacer nad morze, gdzie Kindze udało się wykonać dzieło na miarę Van Gogha.

Foto Kinga!

Piękny wieczór, na placu na starym mieście zapowiedzieli koncert - za darmo! A my tymczasem jesteśmy tak umęczone, że zamiast cieszyć się z rozrywki, wracamy do domu, przekomarzamy się chwilę z psem i walimy się spać.
Boli mnie ząb i to tak, że decyduję się na wzięcie tabletki, co sprawia, że rano... Kinga obudzi się pierwsza!

26 lipca Baiona

Baiona to nazwa galicyjska, po hiszpańsku miasto nazywa się Bayona. Ale w Baionie bardzo się pielęgnuje galicyjską tradycję. Wszędzie widać napisy po galicyjsku, często nad domami powiewają galicyjskie flagi. No i jest oczywiście piwo "Estrella de Galicia" czyli Gwiazda Galicji.

symbole Galicji

Dziś po południu przyjedzie po nas przyjaciel Kingi, Angel, i zabierze nas do Vigo. Mamy czas na spokojne pranie, zwiedzanie, zakupy.

Pranie jest oczywiście "w drodze" jednym z najpoważniejszych zadań. Zabiera się mało rzeczy, trzeba więc prać właściwie bez przerwy. W schroniskach są zazwyczaj urządzone pralnie i przygotowane sznury do suszenia bielizny, czasem nawet z klamerkami. Ale na trasie portugalskiej nie ma jak dotąd schronisk, albo było, ale tylko raz. Mieszkamy w schroniskach młodzieżowych (też zresztą tylko raz), w pensjonatach, raz w hotelu i w wynajętych pokojach. Wszędzie tam nikt nie przewiduje, że gość musi prać, goście hotelowi takich rzeczy nie robią. Ale pielgrzym pierze. A pielgrzymka już zwłaszcza.

pranie i Kinga

pranie nad Atlantykiem 

Również zakupy, poczta, apteka i wyjmowanie pieniędzy z automatu bywa w drodze utrudnione. Często w okolicy w ogóle nie ma możliwości, czasem są, ale wieczorem człowiek jest tak potwornie zmęczony, że nie dowlecze się pięć ulic dalej, a rano, bywa (nam bywało), robi się strasznie późno i trzeba już iść. Iść, iść...

W Baionie na wszystko mamy czas. I wszystko da się załatwić, bo Baiona to taki galicyjski Sopot i w sezonie przebywa tu pół miliona wczasowiczów.

W centrum miasta znajduje się plac z dwoma kościołami. Jeden poświęcony Matce Boskiej Baiońskiej, drugi tutejszej lokalnej świętej - świętej Liberacie. Nic o niej nie wiemy, ale z wizerunków wynika, że Liberatę ukrzyżowano.

Baiona kościół św. Liberaty

Liberata

Dopiero po powrocie do Berlina sprawdzam, co o świętej Liberacie ma do powiedzenia Internet.

Same zaskoczenia.

Liberata jest bardzo znana, w różnych częściach świata nosi imię Wilgefortis, Liberata, Kummernis (także w Polsce), Eutropia, Ragenfeldis, Hulpe, Combre, Wilga lub święta Starosta (w Czechach). Poza tym w klasycznej legendzie ma ona brodę. Liberata w Baionie na pewno nie ma brody. Poza tym w Baionie twierdzą, że to ich lokalna święta z I wieku n.e. czyli z czasów rzymskich (Baionę odkrył podobno sam Juliusz Cezar, ale kto to wie na pewno). No i ... Liberata pod każdym imieniem kiedyś była patronką kobiet doznających cierpień ze strony mężczyzn, a dziś jest patronką... feministek!

Była piękną córką króla Portugalii w I albo III wieku, jak to w legendzie, niczego do końca nie wiadomo. Kraj najechali jacyś wrogowie i ojciec postanowił  wydać córkę za ich przywódcę. Dziewczyna odmówiła i poprosiła Jezusa, by ją oszpecił, a ten sprawił, że wyrosła jej broda.

Ukrzyżował ją własny ojciec. Zmarła podobno 20 lipca i wtedy jest też jej święto. Relikwie trzech świętych kobiet - Liberaty, Teodozji i Konstancji - znajdowały się kiedyś w kościele św. Klary we Wrocławiu, a wizerunki Liberaty - w kościołach w Wambierzycach i Pułtusku.

Ewa na Pincie Baiona jest miastem Kolumba. Istnieje związek miast, które miały coś wspólnego z tym pierwszym wielkim historycznym Odkrywcą.

Otóż 10 marca 1493 do Baiony jako pierwszego miasta w Hiszpanii dotarła wieść o dopłynięciu Kolumba do Nowego Świata. Wpłynęła tu mianowicie karawela "Pinta" pod dowództwem Martína Alonso Pinzóna. W herbie miasta na cześć tego zdarzenia umieszczono wizerunek karaweli, a w porcie ustawiono replikę statku. Co roku w marcu świętuje się rocznicę tego wydarzenia. Dodajmy jeszcze, że to właśnie marynarz z "Pinty", Rodrigo de Triana, 12 października 1492 jako pierwszy zaoczył z bocianiego gniazda brzegi nowego świata.


Zwiedzamy zamek średniowieczny - można go obejść dookoła po murach. To na wypadek, gdyby przez przerwę w wędrowaniu do Santiago, zabrakło nam chodzenia.
Kingę opętała mania robienia zdjęć, co widać:

Wszystkie informacje o zamku głoszą, że jest to zamek hiszpański, tymczasem każdy z nas głowę by dał, że te blanki to dzieło Maurów i że to co widzimy, to mickiewiczowskie Maurów posady.

Po obiedzie przyjeżdża Angel. Jedziemy do Vigo.

 
1 , 2 , 3