RSS
wtorek, 28 sierpnia 2012

26 lipca

W samochodzie rozmawiamy z Angelem o Kolumbie. Po obejrzeniu "Pinty" mamy te same przemyślenia, możliwe, że są one nieuniknione. Statek jest maleńki! „Pinta” była karawelą, ważyła 60 ton, miała długości 20 metrów i szerokości 7 metrów. Była mniejsza od flagowego statku wyprawy „Santa María”.
Gdzieś w mieście widziałyśmy listę załogi. Niespełna 30 osób. Gdzie oni się zmieścili? Gdzie spali? Gdzie przechowywali zapasy? Pod sufitem w pomieszczeniu pod pokładem wisi duża szynka i kilka kawałków suszonej ryby, stoi też kilka worków ze zbożem i cebulą. To symbole, na symbole zawsze starczy miejsca. Ale jedzenie i woda dla 30 chłopa? Na czas nieprzewidywalny, ale powiedzmy na miesiąc. Płynęli zresztą dłużej - 36 dni. Dzienne wyżywienie człowieka waży około 1 kilograma, dla ciężko pracujących mężczyzn - więcej, nawet do półtora kilograma. 30 ludzi zabiera więc na 1 dzień 45 kilo, na 30 dni - 1350 kilo. I tyle samo litrów wody. W sumie samo jedzenie i picie musiało ważyć prawie trzy tony. A jeszcze woda do mycia i gotowania, żagle, liny, zapasowe maszty, wiosła, narzędzia...

Pinta  Pinta

Jakim cudem trzy takie małe statki zainicjowały podbicie świata przez białych ludzi? W Boże Narodzenie 1492 roku Santa Maria zatonęła w okolicy Haiti. Ze szczątków statku wybudowano pierwszą osadę hiszpańską w Ameryce - La Navidad, w której Kolumb zostawił około 30 ludzi ze swojej załogi. 60 wróciło do Europy, 30 zostało na zawsze w Ameryce. Tak się to zaczęło. Trzy małe statki, jedno osiedle, setka ludzi...

Trasa Kolumba

Angel twierdzi, że naukowcy stwierdzili ostatnio, iż oficerowie na "Pincie", "Ninie" i "Santa Marii" byli Hiszpanami, ale załogę mieli stanowić Maurowie wypędzeni po upadku Królestwa Granady. Królestwo Granady! Cóż my o nim wiemy? Tyle, co z Mickiewicza.

Już w gruzach leżą Maurów posady,
Naród ich dźwiga żelaza,
Bronią się jeszcze twierdze Grenady,
Ale w Grenadzie zaraza.

Broni się jeszcze z wież Alpuhary
Almanzor z garstką rycerzy,
Hiszpan pod miastem zatknął sztandary,
Jutro do szturmu uderzy.

Od roku 1238 aż do roku 1492 w południowej części Półwyspu Iberyjskiego istniało muzułmanskie Królestwo Granady. Rządził nim ród Nasrydów. To oni wybudowali Alhambrę, czerwony pałac, zwany przez poetów "ziemskim rajem". Po po upadku Kordoby w roku 1236 i Sewilli w roku 1248, Granda była ostatnią "posadą" muzułmańską w Hiszpanii i przetrwała jeszcze prawie 150 lat. W 1485 roku padła Ronda, w 1487 Malaga, w 1488 Almeria. 2 stycznia 1492 po siedmiomiesięcznym oblężeniu skapitulowała sama Granada - i jej ostatni król - Abu'abd-Allah Muhammad XII zwany Boabdilem. Był to ostatni akt Rekonkwisty, zwycięstwo "Królów Katolickich" - Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda z Aragonii.

To do nich zwrócił się Kolumb z prośbą w wsparcie jego projektu dotarcia drogą morską do Indii. "Królowie katoliccy" odpowiedzieli, że na razie zajęci są wojną z Granadą, i sprawą zajmą się po zwycięstwie. Zaproszony przez królową do Granady Kolumb przybył do tego miasta w Nowy Rok 1492,  dokładnie w momencie, gdy wielki emir Boabdil kapitulował. W trzy miesiące póćniej, 17 kwietnia "Królowie Katoliccy" podpisali w Santa Fe umowę z Kolumbem. Trzeba by pewnie dokładniejszych studiów, by stwierdzić, że załogę statków Kolumba stanowili Maurowie z Granady, ale na pewno nie jest to wykluczone.

Dojeżdżamy do Vigo, rozkwaterowujemy się w mieszkaniu matki Angela - dostajemy swój pokój z osobną łazienką - i idziemy do miasta.

Przede wszystkim muszę kupić buty. Chodzenie w łapciach naprawdę mi już nadojadło. Kupuję buty w CA. W dziale dla dzieci.

Chodzimy trochę po mieście, idziemy między innymi do kościoła świętego Jakuba po pieczątkę w credencialu. Wieczorem zjadamy pizzę i sałatę i oglądamy z rodziną Angela film z Melem Gibsonem po niemiecku.

 schody koło kościoła św. Jakuba w Vigo

To schody kościoła świętego Jakuba. Gdy wracałyśmy do domu, zauważyłyśmy tu żebraka-pielgrzyma z muszlą. Powiedziałam do Kingi, że jeśli to rzeczywiście pielgrzym, to może powinnyśmy mu coś dać. I wtedy pielgrzym odezwał się grubiańsko po polsku, że tak, że mamy mu coś dać, po czym zaczął wykrzykiwać do kolesi, żeby tu przyszli jak najszybciej, bo "mamy tu dwie Polki"...

Och brrr... Nic dziadom nie dałyśmy!

27 lipca

Z Vigo do Redondeli zawozi nas Angel samochodem. Zyskujemy na tym jeden dzień, co pozwoli nam zaplanować krótsze odcinki na trasie do Santiago. Po tygodniu wędrówki odchodzimy od Oceanu. Dziś jeszcze będziemy widziały gdzieś daleko, z góry tzw. Rię czyli rodzaj fiordu atlantyckiego, ale droga nie będzie już wiodła wybrzeżem, tylko lądem. To tu nasza Camina Costa Portuges połączy się z portugalską drogą nazwaną przez nas "śródlądową" czyli z Camina Portuges.

Ria

Po raz pierwszy, jeszcze z okien samochodu, widzimy nie tylko znaki, ale i pierwszego pielgrzyma. "Tu, tu", woła Kinga, żądając od Angela, żeby się właśnie tu i natychmiast zatrzymał, bo my wysiadamy i już idziemy dalej. Same. Idziemy. Dalej. Idziemy, idziemy...

Redondela

Przed nami 18 kilometrów. Jeden z najdłuższych odcinków na tegorocznej trasie. Obie chadzałyśmy już więcej w ciągu dnia, ale cóż, na pewno byłyśmy młodsze, poza tym ja nie szłam w upale, tylko jesienią, a Kindze, która szła latem na odmianę wozili plecak furmanką. A my tu nie mamy żadnych ulg. I jeszcze ja do wczoraj miałam przeraźliwie marne buty. No i skończył się wiatr od Atlantyku. Pewnie, to wszystko wymówki, ale jakoś próbujemy zrozumieć, dlaczego nasza średnia marszowa wynosi... 3 kilometry na godzinę!?

Droga jest wprawdzie długa i potwornie upalna, ale też bardzo ładna. 

galicyjskie krzaki

Nazwałyśmy ten krajobraz "galicyjskie krzaki" i tak też przez męża Kingi został on zaprezentowany na facebooku. Idziemy, idziemy i idziemy, przechodzimy przez dziesiątki bystrych strumieni o czystej wodzie, gdzie niegdzie wychodzimy do jakichś małych wiosek, mijamy pola uprawne, łąki i znowu wchodzimy w "galicyjskie krzaki".

wciąż daleko

Chcemy zanocować gdzieś po drodze i zrezygnować z ambitnych planów dojścia do Pontevedra, ale albo idziemy przez bezludne pustkowie czyli "krzaki", albo w mijanych wioskach i tak nic nie ma i każdy nas odsyła do Pontevedra. Nawet jak pytamy o bar, żeby się napić kawy, to i tak nam mówią, że jak dojdziemy do Pontevedra, to sobie odpoczniemy, zanocujemy, zjemy i wypijemy, co będziemy chciały. Nie ma nic, aż nagle w środku upalnego popołudnia w "galicyjskich krzakach" objawi się automat Schweppsa, w którym kupimy sobie przeraźliwie słodki, ale za to lodowato zimny sok pomarańczowy.

Wreszcie docieramy do Pontevedra, do wielkiego Albergue de Peregrinos.

alberge

A tam... A tam jak w Betlejem. Nie było miejsca w gospodzie. Wynajmujemy pokój w pensjonacie naprzeciwko, Kinga idzie do baru "pielęgnować kontakty międzyludzkie", ja zostaję z książką na łóżku. Po chwili Kinga przyniesie mi pół pysznej (o tak, i ja to mówię!), świeżutkiej, gorącej tortilli i filiżankę herbaty. Rumiankowej. No cóż. Nobody is perfect. And nothing is perfect.

21:55, pielgrzymki2012
Link Dodaj komentarz »

Dziewica Pielgrzymka w Pontevedra28 lipca

Dziś też będziemy miały do przejścia 18 kilometrów, ale też dziś, po raz pierwszy, wychodzimy wcześnie. Dotychczas jedna z nas wysypiała się do 9 :-))). Dziś wstajemy o 7 i jesteśmy o 8 na Drodze. Tak jak należy - rano powietrze jest rześkie i umożliwia wspaniałą wędrówkę. Wychodzenie na trasę koło południa, jak to było do wczoraj, to lekka groza.

Idziemy pustym miastem do kościoła Pielgrzymki Dziewicy. Dziewczyna jest śmieszna - ma zieloną kapotę, kostur w garści i zawadiacki zielony kapelusz. Ale może to się zmienia, bo przecież w Hiszpanii i Portugalii ubiera się figury świętych w coraz to nowe kostiumy. Sprawdzam, pisząc to, w Internecie i rzeczywiście widzą Virxe Peregrina ubraną na biało, żółto czy niebiesko.

Zjadamy śniadanie w knajpce nad rzeką, ale jest takie marne, że chcemy tylko jak najszybciej wyjść i napić się wody z butelki, żeby spłukać smak niesmacznej kawy i suchego, a tłustego croissanta. Nota bene uzyskanie kombinacji czegoś do jedzenia, co jest zarazem suche i tłuste, wydaje mi się zawsze niepojętą sztuką.

Miasto leży nad piękną rzeką Lerez, którą przekraczamy po starym kamiennym moście.

Za rzeką droga polami, lasami i łąkami. Bardzo ładnie, nie za gorąco, niezbyt pod górę. Łatwo ale w porównaniu z Camino Costa niezbyt ciekawie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
Zjadamy obiad Mezon Don Pulpo w San Amaro, co ja sobie tłumaczę, pewnie niepoprawnie, Dom Pana Ośmiornicy w Świętej Goryczy. Droga nadal ładna i niemęcząca, całkiem ładna i niemęcząca, wciąż tak samo ładna, tak samo...

Droga ładna i niemęcząca

Tylko ostatni kilometr przed schroniskiem nagle staje się męczący. Słońce zaczyna palić niemiłosiernie, strzałki pokazują nie wiadomo co i nie wiadomo dokąd iść. Gdy docieramy do schroniska, jestem już nieźle zła...

Są tam już inni pielgrzymi, spotkałyśmy ich już po drodze - Włoch z Niemką, dwie dziewczyny z Bundeswehry... Garstka. Gdzie są te tłumy, które wczoraj po brzegi wypełniały wielkie schronisko w Pontevedra? Wybiegli wszyscy rano o bladym świcie i popędzili jak łanie do następnej miejscowości? My wszyscy, ci, którzy spotkali się w Briallos, nie dostaliśmy noclegu w tym schronisku... Jest w tej historii coś nieprzyjemnego, jakieś podejrzenie, że schronisko zostało wczoraj wynajęte wycieczce, może nawet autobusowej, co jest całkowicie niezgodne z regulaminem - pierwszeństwo mają tam mieć pielgrzymi i to w następującej kolejności - piesi, na rowerach, na koniach. Nawet grupy pielgrzymów muszą czekać, wycieczki w ogóle nie mają prawa do noclegu w schronisku...

Bo schronisko to specjalna instytucja. Nie dość, że jest tanie, kosztuje najczęściej 5 euro, albo jest tzw. "donativo" czyli co łaska. Dopiero w samym Santiago i Finisterre schroniska są droższe, kosztują nawet 12 czy wręcz jak w Seminar Maior w Santiago - ponad 20 euro. Ale jeśli zważyć, że najtańszy pensjonat to minimum 25 euro, a hotel od 50 w górę, to nawet najdroższe schronisko jest tanie. W schronisku śpi się w salach wieloosobowych, ale jest się wśród swoich - turyści nie chcą przecież aż takiej taniochy, pozbawionej ich zdaniem jakiegokolwiek komfortu. Bo czasem w schronisku nie ma ciepłej wody, ale za to zawsze jest miejsce do wyprania i wysuszenia rzeczy. Zawsze jest kuchnia, gdzie można coś sobie ugotować, a w schroniskach kościelnych, prowadzonych przez wolontariuszy jest też wspólna kolacja i wspólne śniadanie, czasem też wspólna msza, modlitwa lub medytacja.

Wciąż jeszcze 28 lipca

Tym razem schronisko jest jak marzenie – pralnia na zewnątrz, najwspanialsza rzecz pod słońcem czyli sznury do rozwieszania bielizny, wielka kuchnia, świetlica. Dwie sypialnie – jedna dla kobiet i jedna dla mężczyzn – po 12 łóżek. Sandra i Leonardo zajęli salę męską. Dziewczyny z Bundeswehry – Karin i  Laura – i my śpimy w sali dla kobiet. Kinga kładzie się spać, ja piję herbatę, piszę i przede wszystkim delektuję się pierwszym dniem „prawdziwej” pielgrzymki. Wstałyśmy rano, doszłyśmy do celu nie za późno, nocujemy w schronisku, a nie w pensjonacie z pluskwami, są inni pielgrzymi, a wieczorem możemy sobie ugotować kolację, zamiast jeść „byle gdzie byle świństwo”.

Idziemy do sklepu, którego się jednak nie da rozpoznać jako sklepu, docieramy więc aż do kościoła. Pytamy o jutrzejszą mszę, ale będzie dopiero o 12.30, stanowczo za późno. Na dziedzińcu przed kościołem najwyraźniej przygotowania do jutrzejszej fiesty św. Krzysztofa. Młodziutka zakonnica bardzo pięknie wyrysowuje kredą na kamieniach ogromną postać świętego, obok starsza pani oskubuje do kosza błękitne kwiatki z baldachów hortensji, a starszy pan struga jakieś patyczki. Pytamy o sklep, zakonnica wyjaśnia, że musimy zawrócić, dojść do domu ze schodkami i to tam

Idziemy do domu ze schodkami, kupujemy makaron, pomidory, utarty ser, brzoskwinie, jogurt, magdalenki, no i oczywiście praktyczny zestaw pierwszej pomocy na trasie – piwo dla Kingi i herbatę dla mnie. 

Jedzenie, najzwyklejsze na świecie, smakuje po prostu bosko. Po obiedzie rozsiadamy się wszyscy na schodkach i trawie. Jest nas już wiecej, przybyli jacyś rowerzyści hiszpańscy, bardzo zapaleni religijnie. O czymkolwiek byśmy nie rozmawiali, starszy z tej parki przeskoczy z tego tematu do Biblii. Wieczorem docierają jeszcze mama z synem, chyba czternastoletnim. Oboje milczą, nie wiem, czy są po prostu małomówni, czy odbywają pielgrzymkę milczenia.

Tagi: schroniska
21:06, pielgrzymki2012
Link Dodaj komentarz »

święta Marta

29 lipca św. Marty

Wychodzimy raźnie, ale już nie udaje się nam osiągnąć wczorajszego sukcesu – jest godzina 9. Polami dochodzimy do Caldas de Reis. Z mądrych karteczek, które zabrałam z Berlina, wiemy, że w mieście są termy, używane już od starożytności.

Pijemy kawę w sklepiku i przechodzimy na drugą stronę szosy do kościoła. Malutki skromny kościółek, msza. Stary ksiądz, dwóch rozpaczliwie starych ministrantów, w ławkach kilka starych kobiet śpiewa drżącymi głosami pieśni intonowane przez zgarbionego staruszka. Już nawet ja w tym kościele jestem młoda, Kinga jest po prostu w powijakach. Dyskretnie rozglądamy się po wnętrzu. Jak w każdym hiszpańskim kościele jest tu mnóstwo pojedynczych figur lokalnie czczonych świętych. Jest święty Antoni, zawsze i wszędzie obecny na półwyspie Iberyjskim, jest rzecz jasna święty Jakub i jego niemal bliźniaczy brat pielgrzym – święty Roch z psem, święta Łucja, bardzo tu chyba w okolicy uważana i św. Rita z gałęzią palmową. W osobnej kaplicy jest też Matka Boska Fatimska. Każda z tych figur jest samotna i osobna, tylko Matka Boska ma do towarzystwa dzieci. Żadna z nich nie ma ołtarza – jest po prostu ustawiona na postumencie lub przymocowana do ściany. Wszystkie są poubierane, ale szaty są wypłowiałe, daleko im do błyskotliwego luksusu przeciętnego kościoła w Hiszpanii. Nigdzie złoceń, nigdzie kwiatów. Prawdziwy kościół ludzi starych i ubogich. 

Caldas des Rias

Po mszy idziemy po pieczątkę. Staruszkowie rozradowani wizytą Polek, udzielają nam błogosławieństwa, ale po pieczątkę muszą nas wysłać do kościoła za rzeką. Oni są zbyt nieważni i nie posiadają pieczątki.

Idziemy szukać term, kościoła z pieczątką i śniadania. Wszystko będzie za mostem. Pierwszym, bo jak się potem okaże miasto leży pomiędzy dwoma pięknymi górskimi rzekami, pełnymi kaskad i wodospadów.

Najpierw znajdujemy Balnearium. Owszem, mają zniżkę dla pielgrzymów – za nocleg ze śniadaniem i 2 godzinami korzystania z basenów zapłacimy tylko 65 euro a nie 90. Dziękujemy za ofertę i pytamy o możliwość wykąpania się. Ach, tak, oczywiście – jest możliwe. 20 euro za pół godziny, ale niestety – nie ma wolnych miejsc. Możemy przyjść wieczorem...

Wychodzimy. Szkoda. Ale nie będziemy czekać do wieczora, żeby się przez pół godziny pomoczyć w gorącej wodzie. Strzałka kieruje nas do gorącego źródła. I rzeczywiście z dwóch kranów tryska do kamiennego baseniku gorąca woda, naprawdę gorąca – ma może nawet z 50 stopni. Naprzeciw gorącego źródła rzeźba kobiety, która trzyma się obiema rękami za głowę. Czy ta woda pomaga na bóle głowy? Nie wiadomo. Nie wiadomo też, jak by włożyć głowę do tej dziury w ziemi? Ale nogi jak najbardziej!  Włazimy więc z nogami do baseniku. Kinga po chwili rezygnuje, ja postanawiam, że zostanę do końca życia, no – do końca pobytu, w każdym razie do końca dnia, a przynajmniej jeszcze chwilę, jeszcze nie teraz, jeszcze trochę...

Caldas des Rias Caldas des Rias

W dużym zamożnym kościele pod wezwaniem świętego Tomasza z Canterbury (jaki nietypowy ten patron!) przygotowania do mszy ku czci św. Marty. Wyjęto ze schowka lub bocznej kaplicy jej figurę i ustawiono na stole przed głównym ołtarzem. Wokół Marty krąg świec i kwiaty, co widać na zdjęciu na początku wpisu.

Nad drugą rzeką, przed antycznym kamiennym mostem dostajemy cudowne śniadanie – tosty z bagietki, jajka sadzone, masło i dżem! Prawdziwe śniadanie!

Caldas des Rias

Koniec niedzielnych przyjemności, trzeba iść dalej, przed nami droga do schroniska strażaków w Valga. Droga jak od kilku dni już normalnie – między łąkami i polami, lasem i wśród wiosek. Tyle że znacznie mniej strumieni niż wczoraj. Jedyną atrakcją, zresztą wątpliwą, są jeźdźcy na koniach, których spotykamy na kilka kilometrów przed Valgą. Jadą dość niefrasobliwie, mijają nas raz w jedną stronę, raz w drugą, a potem nagle słyszymy za sobą gwałtowny tętent i w ostatniej chwili na wąziutkiej dróżce uskakujemy przed dwoma rozpędzonymi koniami. Jeden bez jeźdźca! Oglądamy się i stwierdzamy, że któryś z chłopaków spadł z konia i wierzchowiec mu uciekł. Kolega na drugim koniu próbował złapać uciekiniera i to on właśnie przeleciał koło nas, nie racząc nas nawet ostrzec okrzykiem, że mamy zmykać. Widzimy w dole, że spłoszony koń skręca w prawo między pola, my idziemy nadal prosto, a potem w lewo pod górę, ale jeszcze długi czas niespokojnie oglądamy się za siebie i nasłuchujemy, czy znowu nie pędzą za nami konie. I rzeczywiście - jeszcze raz minie nas grupa jeźdźców prawie na szczycie góry, również koń uciekinier, teraz jednak znowu z chłopakiem na grzbiecie.

pielgrzym

Docieramy do schroniska, w którym witają nas trzy ponure istoty, poprzebierane w różne brudnobiałe średniowieczne szaty i habity. W najbliższych dniach zdołamy ich „oswoić”, w każdym razie jednego z mężczyzn i dziewczynę, ale na razie budzą w nas tylko niepokój pomieszany z rozbawieniem. Ale przecież trójka niemieckich pseudo-mnichów nie może nam popsuć pobytu wielkim, pustym, świetnie wyposażonym schronisku dla pielgrzymów. 

Zjadamy obiad w knajpie naprzeciwko, załatwiamy sprawunki i wracamy do schroniska na herbatę. Na ławce przed schroniskiem siedzi młody pielgrzym, pytam go więc, czy napije się z nami? Akceptuje i gdy wracam z herbatą, siedzi już przy naszym stole i rozmawia z Kingą. Ma na imię Nicolas. Mówi po hiszpańsku, ale jest Włochem, przeszedł drogę francuską do Santiago, jednak wciąż jeszcze nie czuje się gotowy do powrotu do normalnego życia, postanowił więc, że pójdzie dalej, do Fatimy. To już druga taka rozmowa. Wczoraj spotkałyśmy na trasie dwie kobiety, które też przeszły z Francji do Santiago, a teraz idą do Coimbry, Fatimy i Lizbony.

Nicolas przed pielgrzymką pracował w rodzinnej pizzerii, Kinga pyta go więc od czego zależy wykonanie dobrej pizzy? I to ona, dodaje do wpisu ten opis: Myślałyśmy, że odpowie, że piec, płyta kamienna, wyrabianie, (nie)wałkowanie, dużo/mało drożdży... a on odparł, że najważniejsza jest woda użyta do ciasta - musi być najlepszej jakości. A jak opowiadał o ręcznym formowaniu pizzy, to ręce same mu chodziły. Jakby głaskał wyimaginowane ciasto. To było bardzo inspirujące.

Długo rozmawiamy o różnych sprawach życiowych i pielgrzymkowych, po czym Kinga proponuje, żebyśmy się przeszli do knajpy po sprawunki i napić się likieru kawowego.

likier kawowy

Smacznego i dobranoc.

albergue alternativo30 lipca

Wyruszamy koło 9 po śniadaniu w schronisku. Dochodzimy do miasteczka, pijemy kawę i idziemy dalej. Bardzo ładna leśna droga doprowadza nas najpierw do miejskiego cmentarza a potem do samego miasta Saint Xulien. Tu droga się rozwidla – w jedną stronę „normalna” droga wiedzie do miasteczka Padron, w drugą – „alternatywna” do klasztoru franciszkanów w  Herbon. Chcemy dojść do klasztoru, ale jest jeszcze za wcześnie, schronisko otworzą dopiero o 16 – zostajemy więc na obiad w przemysłowej części Saint Xulien. Po drodze Kinga zaprzyjaźnia się z kozłem i potem przez dobrą chwilę, zanim nie da się umyć rąk – niemiłosiernie „capi”. W mieście gorąco i paskudnie, a obiad niesmaczny, tylko pani w barze najmilsza babcia pod słońcem.

Wreszcie pora ruszać do Herbonu – daleko, droga piękna, lasem nad wielką rzeką, ale bardzo źle oznakowana, żeby nie powiedzieć - wcale. Dwie trzy czerwone strzałki i dwie trzy czerwone litery A – wcale nie jesteśmy pewne, iż to właśnie wskazówka, że przed nami jest Herbon i klasztor, zwłaszcza że w pewnym momencie mijamy rozstaje i wcale nie wiemy, czy rzeczywiście trzeba było pójść w lewo wzdłuż rzeki czy może jednak w prawo... Po dłuższym czasie docieramy do wioski i padamy jak dwa wory kartofli pod ślicznym kamiennym kościołem.

HerbonTo jednak nie nasz kościół – my musimy do świętego Antoniego, a ten tu to kościół Najświętszej Marii Panny. Kinga „słyszy głosy” i idzie zasięgnąć języka. Do klasztoru jest jeszcze kawałek. Docieramy wciąż o godzinę za wcześnie, zostawiamy plecaki koło wejścia i idziemy na pobliską górkę siusiu i poczytać. Kinga rzeczywiście czyta, ja śpię z głową opartą o kamienną ławkę.

O 16 dzwonimy do furty. Otwiera nam hospitalero – wolontariusz. Jesteśmy pierwsze, po nas nadejdzie grupa pielgrzymów, którzy będą musieli poczekać do wieczora. To prawdziwe schronisko – piesi pielgrzymi, wędrujący indywidualnie, tak jak my, mają pierwszeństwo przed wszystkimi innymi. Grupa musi więc poczekać, bo nie wiadomo, czy miejsca nie będą jeszcze potrzebne. Po kilku godzinach jest nas już sporo – kilkoro pieszych i ta cierpliwie czekająca grupa portugalskich nauczycieli. Po rytualnym myciu się i praniu, rozkładamy się wszyscy na kocach i ławkach na klasztornym dziedzińcu. Pojawia się dwóch mężczyzn w szortach i z psem. To mnisi z klasztoru, jeden z nich pyta, czy możemy podczas wieczornej modlitwy odmówić Ojcze Nasz po polsku? Oczywiście możemy. Manuel, hospitalero-wolontariusz zapowiada, że za godzinę oprowadzi nas po klasztorze, a na razie możemy iść do klasztornych źródeł po wodę. Są dwa – świętego Antoniego i świętego Franciszka. Woda ze źródła świętego Antoniego zapewnia zamążpójście.

HerbonKlasztor został zbudowany w XIV wieku i przez kilkaset lat był jednocześnie szpitalem. Dziś część szpitalną, przebudowaną oczywiście, wynajmuje się dla grup kolonijnych. Kiedyś w klasztorze mieszkało 60 mnichów – dziś jest ich tylko trzech, w tym jeden bardzo już stary. Tego wszystkiego dowiadujemy się od Manuela, który pokazuje nam najciekawsze fragmenty klasztoru – piękny refektarz z szeregami starych drewnianych krzeseł i amboną-lektorium, wirydarz, kuchnię z okapem wysokim na dwa piętra. Idziemy jeszcze na patio, na którym grzebano zmarłych mnichów, a potem wychodzimy na klasztorne pola. Klasztor miał pastwiska, winnice, sady owocowe i plantację słynnych papryczek, zwanych dziś papryczkami z Padronu, choć tak naprawdę są właśnie stąd, z Herbonu, bo to tutejsi mnisi sprowadzili je w XVI wieku z Meksyku. Wieczorem skosztujemy ich na kolację – są pyszne. Manolo opowiada, że mnisi uprawiali też kartofle na paszę i zauważyli, że karmione kartoflami zwierzaki były tłuste, pomyśleli więc, że może i ludziom takie jadło posłuży. I posłużyło. Jestem z Berlina i do dziś wierzyłam, że uprawę kartofli wprowadził król pruski Fryderyk Wielki. Dziś dowiem się, że tak, tak właśnie było, i że  zasługą Prus było wprowadzenie uprawy tej rośliny na wielką skalę, natomiast już sto lat wcześniej w różnych regionach Europy znana była przydomowa i ogrodowa uprawa ziemniaków.

Wreszcie kolacja – „wreszcie”, bo jesteśmy już z Kingą bardzo głodne. Kolację przygotowali hospitaleros czyli Manuel i jego żona Madalena, i oni też zasiadają z nami do stołu. Mamy sałatkę z makaronu z jarzynami (jest nawet marchewka!), smażone w głębokim tłuszczu papryczki, żeberka, których my z Kingą oczywiście nie jemy, jabłka, a na deser likier kawowy, którego ja nie piję, a Kinga za to i owszem. Kinga też skorzysta koło północy z pożegnalnej oferty Manuela i podmucha parę razy w cygaro.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To jednak będzie ze dwie godziny później, na razie po kolacji zmywamy, wyglądając od zlewu przez okno na podwórzec, a potem rozsiadamy się grupkami – Kinga gawędzi po hiszpańsku z naszymi gospodarzami, ja wdaję się dyskusję życiowo-teologiczną z jednym z pseudośredniowiecznych pielgrzymów, który dotarł do Herbonu jako ostatni, tuż przed kolacją, a Portugalczycy śpiewają przy gitarze smętne portugalskie fado.

31 lipca

Szybkie wstawanie, szybkie śniadanie na słodko i idziemy do kościoła na mszę, którą na moją prośbę tutejszy ksiądz-mnich odprawi w intencji trojga dzieci z mojej rodziny - Antosia, Beniaminka i Lilli. Jest nas w kościele mała gromadka i tak jak wczoraj podczas modlitwy mam wrażenie, że ten prosty i ubogi kościół i ten klasztor są żywcem wyjęte ze średniowiecza, a ilość wiernych - jest nas siedmioro, wczoraj też nas zresztą było siedmioro - przypomina o skromnych osiągnięciach ewangelizacyjnych świętego Jakuba. Msza jest wzruszająca i płaczę na myśl o naszej trójce maluszków i o tym, jak bardzo im potrzeba Opieki.

Idziemy do Padron w towarzystwie Andiego, jednego z "mnichów średniowiecznych", który nam po drodze opowiada jak to było ze świętym Jakubem.

A było tak:

Jakub Apostoł Większy (w odróżnieniu od Jakuba Mniejszego też Apostoła) był bratem świętego Jana, synem rybaka Zebedeusza i Salome, należącej do grona kobiet towarzyszących i posługujących Jezusowi. Jakub i Jan zostali powołani jako jedni z pierwszych, zaraz po Andrzeju i Piotrze. Jakub był m.in. świadkiem wskrzeszenia córki Jaira, przemienienia na górze Tabor oraz modlitwy w Ogrójcu. Jakub i Jan znani byli z porywczego charakteru, dlatego też Chrystus nazwał ich synami gromu - Boanerges.

Po śmierci Jezusa i zesłaniu Ducha świętego św. Piotr wysłał wszystkich Apostołów na wyprawy misyjne. Jakub pojechał do Hiszpanii, gdzie jednak udało mu się nawrócić zaledwie siedem osób. Zrażony nikłymi osiągnięciami Jakub zamierzał jak niepyszny powrócić do Judei, gdy objawiła mu się Matka Boska, stojąca na słupku i powiedziała, iż bez powodu się martwi, jako że Hiszpania stanie się kiedyś krajem całkowicie oddanym Bogu i w tej intencji ma wznieść jej kościół. Jakub wzniósł więc kaplicę Matki Boskiej na Słupku (Maria de Pilar) tam, gdzie mu się objawiła, w Saragossie nad brzegiem Ebro. W kościele pieczołowicie przechowuje się ów słupek czy filarek Matki Boskiej.
Nota bene czytelnik polskiej Wikipedii dowie się, że jest to kościół Matki Boskiej z Pilar.

Saragossa, Kościół barokowy Matki Boskiej na Słupku

Uspokojony zapewnieniami Matki Boskiej, że jego misja się mimo wszystko powiodła, Jakub powrócił do Judei. Herod Agryppa I, wnuk Heroda Wielkiego, kazał ściąć go mieczem podczas pierwszego prześladowania chrześcijan po Wielkanocy w roku 43 lub 45. Tradycja utrzymuje, że apostoł przed śmiercią żałował swego kata, który wzruszony taką postawą, nawrócił się na wiarę chrześcijańską.

Apostoł Jakub zginął jako pierwszy z dwunastu apostołów. Jego szczątki znajdują się prawdopodobnie w Santiago de Compostela, przewiezione tam z Jerozolimy przez wiernych uczniów Apostoła. Łódź miała dotrzeć do Hiszpanii, mimo iż nie posiadała ani steru ani żagla. Wylądowała w miasteczku Padrón, gdzie uczniowie zwrócili się do królowej Lupy o pozwolenie pochowania swego ukochanego Mistrza i Apostoła. Ta dała im do dyspzycji wóz zaprzężony w dwa wściekłe byki i powiedziała, że proszę, oto pojazd, który ma zawieźć Jakuba na miejsce ostatniego spoczynku. Byki cudownym sposobem przemieniły się w łagodne zwierzta pociągowe i dowiozły trumnę aż do dzisiejszego Santiago de Compostela.

Łódź ze zwłokami św. Apostoła w miasteczku Padron

Inna legenda głosi, że ciało Apostoła przynieśli do Hiszpanii Aniołowie i pozostawili je na kamieniu w pobliskim miasteczku Iria Flavia. Gdy po wielu godzinach w Padron wyjdziemy wreszcie z miasta - droga zaprowadzi nas bezpośrednio do Iria Flavia.

Nie ma wyjścia - gdzieś tu Apostoł powrócił do swej Hiszpanii. Apostoła pogrzebano, obok niego pochowano po jakimś czasie również obu jego wiernych uczniów, a pamięć o ich grobie zaginęła na wieki. Ale to właśnie tu, w okolicy miasteczka Iria Flavia mieszkał w IX wieku mnich Pelagiusz, któremu ukazywały się przedziwne świetliste zjawiska, a towarzyszyły im anielskie śpiewy. Mnich zwrócił się z prośbą o wyjaśnienie do biskupa Teodomira, i obu ich światło niezwykle jasnej gwiazdy zaprowadziło do grobu świętego Jakuba.

Iria Flavia

Stąd nazwa miasta do którego zdążamy - "Santiago" znaczy święty Jakub, a "de Compostela" to "od gwiazd" - święty Jakub od Gwiazd. Pierwszym pielgrzymem, który dotarł do grobu świętego był król Alfons II, którego biskup i mnich powiadomili o odkryciu. Trasa, jaką przebył była krótka - przeszedl z Iria Flavii do Santiago. Kilkanaście kilometrów.

31 lipca

Iria Flavia

Wychodzimy z Iria Flavii. Przed nami 11  kilometrów do Teo - albo przynajmniej tak sądzimy.

Droga, jak zwykle ostatnio, trochę wiedzie lasem, gdzie płyną śliczne górskie rzeki, trochę wśród pól i ogrodów, trochę krętymi uliczkami kamiennych wiosek.

Iria Flavia

Po drodze coraz więcej studni, wodopojów i "kąpielisk dla pielgrzymów", które od czasu, gdy w średniowieczu ustalił się zwyczaj odbywania pielgrzymki do Santiago, budowało każde miasteczko. Nie wszędzie były schroniska i szpitale, nie wszędzie Templariusze wybudowali zamki i czatownie, by chronić pielgrzymów przed napaściami Maurów, ale wszędzie pilnowano, żeby pielgrzym miał gdzie się napić, umyć, nabrać wody i zrobić pranie.

Dochodzimy do miasteczka ze stacją kolejową. Wygląda jak Chabówka w początkach XX wieku. Pijemy herbatę i piwo, zjadamy porcyjkę papryczek z Padronu z chlebem i wychodzimy na ostatnią, jak nam się zdaje, prostą. Zaledwie cztery kilometry. Niestety - na ścieżce pielgrzymiej są jakieś roboty, pojawia się enigmatyczna informacją, że przepraszają nas za uciążliwości i białoróżowe strzałki odeślą nas wysoko i bardzo daleko od trasy, którą miałyśmy iść. Raptem strzałki znikną w ogóle, jesteśmy w pięknym świetlistym górskim lesie, drogi rozchodzą się we wszystkich kierunkach, a my totalnie głupie, w ogóle nie wiemy, dokąd mamy iść. Idziemy na wyczucie, coraz bardziej na wschód i coraz wyżej. Już wiemy, że zbłądziłyśmy, ale wciąż nie wiemy, jak iść dalej. Jest wcześnie i nie jesteśmy padnięte, nie martwimy się więc zbytnio, wychodząc z założenia, że gdzieś kiedyś dojdziemy i wtedy ktoś nam przecież powie, gdzie jest Teo lub przynajmniej główna droga do Santiago. Każda droga kiedyś dokądś dociera. Nasza dotarła do wioski ze ślicznym nieczynnym średniowiecznym kościółkiem. Na nieczynnym przystanku autobusowym siedzi staruszek, który wygląda, jakby siedział tu od zawsze i czekał, aż coś się wydarzy i wreszcie dziś się wydarzyło! - przyszły dwie zbłąkane pielgrzymki i wtedy to jego siedzenie nabrało sensu, bo po to tak siedział od lat, żeby nam pokazać drogę - jak się potem okaże nadzwyczaj precyzyjnie.

śliczny kościółek

jelonekNa razie jednak odpoczywamy pod kościołem w cieniu dębów, myjemy się i nabieramy wodę w poidełku. Ta woda wciąż jeszcze płynie i zawsze będzie tak płynęła, może nawet do końca świata. W poidle mieszka jelonek, archaiczne stworzenie, które ja przynajmniej znam teoretycznie, a Kinga nawet nie wiedziała, że takie owady istnieją. Jest tak wielki jak z jakichś muzeów przyrodniczych. Wydaje sią nam dziwnie podobny do staruszka z przystanku autobusowego. Brunatny i nierealny. Idziemy do drogi według wskazówek starca-jelenia.

Przy drodze zniszczona tablica z nazwą miejscowości. Czyli tu doszłyśmy.

Bascuas

Starzec z Bascuas miał rację. Po niecałej godzinie dochodzimy do głównej drogi, a po następnych 30 minutach - do schroniska.

Villar de Franco Mijamy jednak po drodze dziwne miejsce, którego nazwa nie daje mi do dziś spokoju, a jest już prawie miesiąc po owym sierpniowym dniu, kiedy się zbłakałyśmy i na jakiś czas wylądowałyśmy z dala od szosy.

Otóż za czasów Franco założono w Hiszpanii 300 wiosek, na jego cześć nazwanych Franco. Były to zakładziny na surowym kamieniu, jak się to ładnie nazywa w historii i etnografii, czyli wioski w miejscu, gdzie przedtem nie było żadnej osady ludzkiej. Powstały tam, gdzie było biednie i pusto, po to by, jakbyśmy to dziś powiedzieli, wyrównać szanse. Mieszkańcy wiosek o nazwie Franco dostali ziemię i domy oraz ulgi podatkowe. Wiele z tych wiosek okazało się chybionym zamysłem, padły i nic po nic nie pozostało, ale ponad połowa spełniła pokładane w nich nadzieje, stając się ośrodkiem gospodarczym w miejscu, gdzie przedtem były ugory i nieużytki. Gdy reżim Franco upadł, wioski te stopniowo zmieniły nazwy. Pozostała tylko jedna, która mimo namów a nawet nacisków, postanowiła pozostać przy swej założycielskiej nazwie. Mieszkańcy uznali, że to nie oni nadali nazwę wiosce, nie świadczy więc ona o ich kultowym stosunku do Generalissimusa, lecz co najwyżej ojców-założycieli. Oni tę nazwę dostali w spadku wraz z wioską i są przyzwyczajeni do tradycji.

W drodze do schroniska mijamy wieś Villar de Francos. Wioska Franco. Czy to ta, jedna jedyna uparta?

1 sierpnia

Ostatni dzień wspólnej wędrówki.

Wstaję o 6 rano. Siedzę w kuchni, gdzie zbierają się do drogi nasi "średniowieczni pielgrzymi". Jest ich dziś rano więcej, pojawił się jeszcze zbiegły towarzysz Tom i poznana przez niego dziewczyna. Hiszpanka, która nas wczoraj karmiła rosyjską sałatką i empanadą zniknęła już dawno, teraz wychodzą też dwie panie w średnim wieku, wreszcie - przeraźliwie powoli - cała średniowieczna grupa. Widzę ich jeszcze na szczycie górki, macham i znikają.

Budzę Kingę, pakowanie, śniadanie i wychodzimy. Mamy przed sobą 12 kilometrów do Santiago i chcemy tam być koło południa. Po drodze mijają nas różne wysportowane pary dzielnych facetów i babeczek jak sprężyny. Wkrótce spotykamy siedzącą przy drodzę naszą średniowieczną gromadkę. Ci przynajmniej, podobnie jak my, są po prostu zmęczeni i nie ma w nich tej straszliwej energii, z jaką po kolei mijali nas dziś od rana wszyscy pielgrzymi.

pielgrzymi przy drodze

Na nasz widok Andy zrywa się i mówi, że jego grupa jest zbyt powolna i woli pójść z nami, bo jesteśmy szybsze. No, przynajmniej ktoś nas docenił!

I rzeczywiście w naszą dotychczas nadzwyczaj powolną dwójeczkę wstępuje nowy duch i poganiane przykładem Andy'ego pądzimy z zawrotną szybkością 4 kilometrów na godzinę. A może nawet 4 i pół. Docieramy do ostatniego miasteczka na trasie.

Ostatnie miasto przed Santiago de Compostela

Tu jak szarańcza opadamy jedyną przydrożną kawiarnię (i toaletę), w której nagle spotkamy się wszyscy, i ci wysportowani jak roboty, którzy zdałoby się, że dotarli już do Finisterre, a nie tylko do Santiago, i ci opieszali, którzy przecież zostali daleko w tyle za nami. Jest nas tu całkiem spora gromadka.

Nasza grupa bojowa wstaje jako pierwsza i już jesteśmy w miejscu, skąd podobno widać Santiago. Chcemy więc wierzyć, że to co daleko w głębi na górce szarzeje wśród mgły, to rzeczywiście wieża Katedry w Santiago de Compostela.

Stąd widać katedrę!

Moje mądre kartki twierdzą, że jeśli tu dotarliśmy, to za 1,5 godziny staniemy przed katedrą. Jest godzina 11. Nas to zadowala, ale Andy'ego nie - chce zdążyć do miasta na mszę dla pielgrzymów o godzinie 12. Pędzimy więc jeszcze szybciej niż przedtem, ale my z Kingą czujemy się przy tym jak Alicja, poganiana na szóstym polu przez Czarną Królową. "Jeśli na tym kwadracie zdołasz pędzić jak możesz najszybciej, to uda ci się zaledwie stać w miejscu". Pędź, mówię do Andy'ego, pędź to zdążysz. 

I tak się rozstaniemy. Za chwilę zniknie nam całkiem z oczu.

Pędź, to zdążysz!

Jeszcze jest las, pole, potem pole, ogród, las...

jeszcze jest las

...ale już za chwilę, przez przesmyk pomiędzy dwoma domami wejdziemy do miasta. Cywilizacja, automaty z pieniędzmi, kawiarnie, tramwaje, eleganckie kobiety, sok pomarańczowy, internet, kawa, kościół Matki Boskiej na Słupku...

I już ulica Matka Boska na Słupku

... i katedra!

Katedra




 

Dotarłyśmy!

Nogi bolą, deszcz pada, w mieście tłumy, w biurze dla pielgrzymów opryskliwi urzędnicy, w pensjonacie pluskwy. Ale dotarłyśmy!

Tu mieszkamy.

tu mieszkamy

I jeszcze zafunowałyśmy sobie najniezwyklejszą przyjemność. Już z drogi Kinga zadzwoniła do Włodka i poprosiła, żeby nam znalazł w internecie adres restauracji... indyjskiej! No tak, mało już dziś używane słowo "nadojadło" czyli uprzykrzyło mogłbyśmy podczas tej wędrówki przerobić na "niedojadło" - bo też już naprawdę uprzykrzyło się nam to hiszpańskie jedzenie, które na co dzień nie ma jaroszom nic do zaoferowania. Rozlokowujemy się na kwaterze w starym domu tuż koło katedry i pędzimy do Hindusa, zjeść nareszcie coś smacznego i bez mięsa, bez ryby, bez owoców morza, bez bez bez...

chciało się nam jeść!

Naprawdę chciało się nam jeść!

chciało się nam jeść!

20:36, pielgrzymki2012
Link Dodaj komentarz »

2 sierpnia

Budzę się o 8.30. Kinga śpi. Nastawiła sobie budzik na 10, nie będę jej więc budzić wcześniej. Czytam, piszę...

Idę do informacji turystycznej i na pocztę, kupuję kilka pamiątek. W międzyczasie Kinga wstała i idziemy do Cafe Literarios na śniadanie czyli kawę, kruche rogaliczki i churros. Te jem po raz pierwszy i to jest dopiero doświadczenie! Twarde, tłuste ciastka wyciśnięte przez maszynkę do mięsa z nakładką. Moczy się je w kawie lub kakao i tylko tak, mocno nasączone gorzką kawą, dają się w ogóle zjeść.

commons!

Kinga załatwia ostatnie duperele i idziemy do katedry uściskać figurę św. Jakuba. To jeden z tzw. obowiązków pielgrzyma. Figura stoi w ołtarzu, a pielgrzym wchodzi z boku i od tyłu po schodkach, ma podejść do grubaśnej rzeźby, objąć ją i ucałować. Z całowania rezygnujemy.

kamień, obrazek i rzeźba

Z niezadowoleniem odnotowuję kolejny objaw upadku Drogi jako zjawiska kulturowego, a nie kultowego. Pięć lat temu w norce za rzeźbą siedział starszy pan, który pokazywał pielgrzymowi, co ma zrobić, a potem dawał mu święty obrazek z Jakubem. Dziś stoi młody bubek i patrzy ponuro, kontrolując, czy nie zamierzamy ukraść Jakuba lub wysadzić go w powietrze. I nie daje żadnych obrazków.

Kamień ze strzałką dostałam pięć lat temu w parku nad jeziorem za Logrono. Rozłożył tam stanowisko niejaki Marcelinho, który  stemplował pielgrzymom credenciale, dawał im jabłka, kostury i pomalowane kamienie. Wzięłam kamień i kostur, kamień został, kostur po dwóch dniach wyrzuciłam, bo strasznie mi przeszkadzał w wędrówce. Obok jest na zdjęciu ten właśnie obrazek, który dostałam od starszego pana w katedrze. Obrazek z wizerunkiem Jezusa Bolesnego dostałam wtedy w Atapuerca.

Kinga idzie do autobusu, za trzy godziny ma samolot do Krakowa. Ja idę do katedry na mszę. Tłok straszny, ale chyba trochę mniejszy niż wczoraj. Siadam na podłodze naprzeciwko ekranu - piękna msza, z modlitwami w różnych językach i Pater Noster po łacinie. Na początku ksiądz wyczytuje po hiszpańsku pielgrzymów, którzy wczoraj dotarli do Santiago. Oczywiście jest tak, jak musiało być - wczoraj w Officina de Peregrino odesłali nas do dwóch różnych okienek. Próbowałam zażądać, by zarejestrowali nas razem, bo razem odbyłyśmy drogę i razem przyszłyśmy, ale Kinga, która nie znosi wykłócania się, nie pozwoliła mi na żadne pyskówki, twierdząc, że świetnie da sobie radę. No i dała sobie radę. Ja też. Dostałyśmy dyplomy i pieczątki w credencialach, ale dziś w katedrze wyczytano nas osobno. Raz jakaś Polka wyszła z Porto, a potem ze dwadzieścia osób później, znowu wyczytano jakąś Polkę z Porto do Santiago. A powinno być tak jak wtedy, czterech Niemców z Leon, czterech Niemców z Roncesevalles, czworo Francuzów z le Puy. Tak mi się marzyło, że odczytają nas jako "dwie Polki z Porto do Santiago". No cóż, nie zawsze się ma to, co by się chciało mieć. Zresztą co tam. Wyszłyśmy i doszłyśmy razem. ON to wie. 

Foto Kinga

Na zakończenie mszy puszczają w rozkołys botafumeiro. Poprzednio nie udało mi się zobaczyć w ruchu tej ogromnej kadzielnicy, teraz zdarzy się to nawet dwa razy. Raz teraz, a potem jeszcze na pożegnanie, gdy w poniedziałek w ostatniej chwili przed odlotem wejdę do katedry, a kadzielnica nadleci mi prawie prosto w twarz.

commons!

W głębi zdjęcia widać figurę świętego Jakuba w głównym ołtarzu. To ta, którą pielgrzym ma uściskać z czułością.

Botafumeiro to największy na świecie trybularz znajdujący się w katedrze w Santiago de Compostela. Mierzy 160 cm wysokości i waży około 80 kg. Do jego rozpalenia potrzeba 40 kg węgla drzewnego i kadzidła. Obsługa kadzielnicy, w tym jej podwieszenie na linie, rozpalenie i rozkołysanie, jest zadaniem ośmiu specjalnych funkcjonariuszy katedralnych zwanych tiraboleiros, którzy występują w specjalnych purpurowych szatach. Rozkołysane Botafumeiro osiąga prędkość około 60 km/h.

I na zakończenie zdjęcie wykonane przez jakiegoś pielgrzyma na dachu katedry. Rozmawialiśmy chwilę, patrząc na miasto w dole. Dałam mu komórkę, prosząc, by zrobił mi zdjęcie, bo chcę pokazać wnukowi. "Ach", powiedział, "babcia na dachu!"

 

Tak właśnie było. Babcia na Camino. Babcia na dachu.